sobota, 16 września 2017

Maraton Północ - Południe 2017


dystans: 998,96 km czas jazdy: 51 h 13 min
V średnia 19,50 km/h podjazdy: 7593 m


Z Helu do Zakopanego. Blisko 1000 km, krótki wrześniowy dzień, niepewne prognozy pogody i piękna trasa wytyczona bocznymi drogami, zahaczającymi o tak ładne rejony jak Kaszuby, Bory Tucholskie czy Jurę Krakowsko – Częstochowską.

Koncepcja


Wymyśliłem sobie, że pojadę z namiotem i śpiworem. We wrześniu noce trwają ponad 10 godzin, trasa jest długa. Zaplanowałem, że pierwszej i drugiej nocy będę spał po 3 godziny, a w poniedziałek rano nadam bagaż paczkomatem do domu. Dzięki temu będzie lżej jechać w górach, a na nizinach nie ma to aż takiego znaczenia. Namiot i śpiwór, którymi dysponuje to tylko niecałe 2 kg masy, mieści się podwieszony uprzężą na kierownicy. Dodatkowo uprząż umożliwia wygodne przyczepienie drobiazgów: batonów, okularów, baterii, czołówki, tak aby mieć je jednak cały czas pod ręką. Teoretycznie pomysł dobry. W praktyce koncepcja ta okazała się totalnym niewypałem, ale o tym niżej.

uprząż z namiotem, fot. emes

dyskusje przed startem, fot. emes

Limit czasu na ukończenie wynosił 72 godziny. Relacja podzielona jest na doby spędzone w trasie.

Pierwsza doba

Sobota 10:00 – Niedziela 10:00
Hel – Dobrzyków (kawałek za Płockiem)
444 km, 40 minut snu na ławce w lesie.


Wystartowaliśmy punkt o 10.00 spod latarni morskiej w Helu. Przez pierwsze kilometry towarzyszyła nam policyjna eskorta. Jechałem na końcu peletonu, w efekcie czego jak tylko nastąpił start ostry, zostałem sam jako jeden z ostatnich. Trudno, i tak zawsze jeżdżę samemu i po swojemu. Przejazd przez Półwysep był upierdliwy. Samochody zaczęły mnie wyprzedzać, by utknąć za kolejnymi zawodnikami. Tempo było szarpane, a niektórym puszczały nerwy, co okazywali trąbieniem i wskazując na niezbyt przyjemną drogę rowerową. Sęk w tym, że my mieliśmy urzędowy glejt pozwalający na przejazd.

rower gotowy do drogi

ostatnie chwile przed startem, fot. emes

i poszli :) fot. marecky

start honorowy, fot. marecky

Piekło półwyspu skończyło się szybko, wjechaliśmy na boczne drogi Kaszub. Jazdę utrudniał wiatr wiejący w ryj. Jechałem jako jeden z ostatnich, tak przynajmniej wynikało z doniesień jakie otrzymywałem na telefon. Po siedemdziesięciu kilometrach, w Gniewinie, planowałem być o 13:10. Byłem kwadrans szybciej. Wszystko w normie. We Wdzydzach (166 km) planowałem być o 17:32, byłem dziesięć minut szybciej. W międzyczasie otrzymałem informację (poniżej), że bardzo mocno przesunąłem się w generalce. Kiedy inni stali na stacjach benzynowych, lub jedli obiad w Kościerzynie, ja jechałem. Zatrzymałem się tylko raz, na krótki postój w sklepie by uzupełnić puste bidony.

wiadomość od Smolenia, godz: 11:52: zapierdalaj tam, bo na razie ta mapa z GPSem mowi ze wąchasz dymek jak protasiewicz w sgp techlandu
wiadomość od Smolenia, godz: 16:43:  troche Ci pocisnąłem i od razu lepiej

fot. emes

Zbliżała się noc. Niestety chmury na niebie wskazywały jedno: będzie padać. Zaczęło mniej więcej o godzinie 20, w okolicach Śliwic. Nie był to ulewny deszcz, ale jednostajny, ciągły, równy opad. Kilometr numer 268 i Świecie, kilkanaście minut spóźnienia względem planu. Deszcz nadal padał, nie przeszkodziło to jednak by Chełmno wysłało mi na trasę swojego przedstawiciela, w postaci Radnego Rady Miasta ;-) Remi, dzięki za te kilka wspólnie przejechanych kilometrów, to zawsze jest fajna odmiana dla umysłu, gdy można z kimś pogadać zamiast pogrążać się w myślach, jak zwykle ma to miejsce ;-)

Kolejne spotkanie miało miejsce w Kowalewie Pomorskim, gdzie kibicować przyjechali mi Mama, Siostra i Szwagier. Zawsze to lepiej jeść zapiekankę w towarzystwie niż samemu.  Moja rodzina (w tym również Ciocia, która przejechała chyba wszystkie maratony na StreetView) zawsze mnie śledzi podczas maratonów, wspiera i dopinguje. Zresztą nie tylko mnie, bo są również bardzo aktywni na profilach innych zawodników. Brawo Wy! ;-)

fot. Joanna Solecka

fot. Joanna Solecka

Za Kowalewem padało nadal, deszcz nawet przybrał na sile. Szybko zdałem sobie sprawę, że rozbijanie namiotu nie ma sensu. Wszystko jest mokre, a regeneracji specjalnej z tego nie będzie. Spróbowałem zdrzemnąć się na przystanku PKSu, jednak 25 minut poszło na marne, snu z tego nie było. Podświadoma część mózgu mnie przechytrzyła. Wmówiła mi, że muszę stanąć i się zdrzemnąć, choć wcale spać mi się nie chciało. Jeden do zera dla niej.

Prawdziwą senność poczułem za Lipnem. Mniej więcej na 383 kilometrze trasy znajdował się leśny parking. W międzyczasie wreszcie przestało padać. Przebrałem się w suche ciuchy i zakopałem się w śpiworze na ławce pod daszkiem. Budzik nastawiłem na godzinę później, ale obudziłem się po 40 minutach. Tyle musi wystarczyć, czas jechać dalej, była już godzina siódma rano i zrobiło się widno.
Dobrzyń nad Wisłą osiągnąłem o 7:40 rano. Tylko dziesięć minut później niż zakładał to mój plan. Niestety sen nie był wystarczający, nie czułem się zmęczony, ale nogi nie chciały mocno kręcić. Spokojnym tempem doturlałem się do Płocka, gdzie odnalazłem Żabkę i zjadłem potężne śniadanie z nadzieją, że to doda mi skrzydeł. 

Godzina 10.00, czyli pierwsza doba od startu zastała mnie w Dobrzykowie za Płockiem, po przejechaniu 444 km.

Druga doba

Niedziela 10:00 – Poniedziałek 10:00
Dobrzyków (za Płockiem) – Drochlin (za Koniecpolem)
269 km, 5 h snu w hotelu


Zmorą na początku były długie, płaskie, proste drogi, które prowadziły przez pola. Nuda. Jedna z nich, przed Łowiczem, miała ponad 14 km długości. Czternaście kilometrów bez potrzeby wykonania jakiegokolwiek manewru kierownicą. Żeby nie zwariować opracowałem system mentosowy. Zjadałem jednego cukierka, odmierzałem 200 metrów i zjadałem kolejnego cukierka. Po zeżarciu dwóch opakowań Mentosów Łowicza wciąż nie było widać.

W Skierniewicach stałem na dwóch przejazdach kolejowych, do tego przejazd przez miasto był nieco męczący. Za miastem zaczęła się ciągnąca się przez kilkanaście kilometrów droga rowerowa z kostki, na którą zjechałem mając dość trąbienia kierowców gnających po wojewódzkiej. 

Zgodnie z prognozami, ok. godziny 16.00 rozpoczęła się ulewa, która miała potrwać mniej więcej do połowy nocy. Zdecydowałem się jechać do oporu, a po ustaniu opadów przebrać w suchy komplet, który miałem w torbie. Z racji, że moje ciuchy przeciwdeszczowe to najtańszy sort z decathlonu i prędzej lub później musiały puścić wodę, zdecydowałem się na wariant 10 km jazdy + 5 minut postoju na przystanku. Nie wiem, czy te 5 minut odpoczynku od opadu dla ciuchów miało racjonalne uzasadnienie, ale wody nie puściły wcale, a ja wpadłem w regularny rytm, choć nie powiem by jechało się przyjemnie.

Ciemno zrobiło się przed Końskimi, do tego doszła bardzo dziurawa droga i kompletna ściana wody. Stwierdziłem, że to nie ma sensu i że korzystniej będzie się zatrzymać na kilka godzin w hotelu, przespać się i ruszyć gdy już przestanie padać.

sms od Cioci: idź spać, bo więcej nigdzie nie pojedziesz. pozdrawiamy

Nocleg znalazłem wspólnie z Mariuszem Pacwą, który przez całą drogę jechał z otwartą kieszenią na plecach kurtki, w efekcie czego zrobiło się tam mało jeziorko. Nie zdając sobie z tego sprawy, w trakcie załatwiania formalności w recepcji, do kieszeni tej włożył swojego smartfona. Efekt jasny do przewidzenia.

Z Hotelu ruszyłem o 3:30 nad ranem. Zacząłem od poszukiwania paczkomatu by nadać do domu namiot, śpiwór i zbędne ciuchy. Cała akcja zajęła mi ok 40 minut. Doliczając do tego czas i siły stracone na przewiezienie namiotu przez 600 km, trudno inaczej nazwać ten pomysł niż totalną klapą.
Od rana jechało się już całkiem dobrze, zwłaszcza gdy zrobiło się widno. Trochę przeszkadzał zachodni wiatr, ale miałem siły i motywację by gnać do przodu. Wiedziałem, że górski odcinek przejadę w nocy, celem było dojechać jak najdalej się da za jasnego.

W Koniecpolu dostałem sygnał, że mój nadajnik nie działa. Pomogło zresetowanie. Później, już na mecie, jeden z kibiców zadzwonił do bazy z donosem, że odcinek z Końskiego do Koniecpola przejechałem pociągiem :) Za Koniecpolem teren zrobił się pagórkowaty, a tym samym ciekawy. Druga doba zastała mnie w Drochlinie. Przejechałem tylko 269 km, a w sumie 713 km. Do mety pozostawało 285 kilometrów, w tym wymagający odcinek przez góry. Jakbym nie liczył, za każdym razem wychodziło mi, że przed 5 rano na mecie to ja nie będę.

Trzecia doba

Poniedziałek 10:00 – Wtorek 7:45
Drochlin (za Koniecpolem) – Głodówka (meta)
285 km, kilka krótkich drzemek na przystankach


Jeśli chodzi o jazdę, to był to mój bardzo dobry dzień. Jechałem szybko, sprawnie i kilometry ubywały mi jeden za drugim. Sporo frajdy sprawiały mi liczne podjazdy i zjazdy charakterystyczne dla Jury. W okolicach Olkusza zjechałem do przydrożnego, nieco obskurnego baru, w którym po chwili zauważyłem Andrzeja Grondka, Mariusza Filipka, Konrada Adkonisa oraz Agnieszkę i Tomasza Pawełków. Do mety spotkamy się jeszcze kilkukrotnie.


Najprzyjemniejszy odcinek zaczął się wraz z wjazdem do Doliny Prądnika. Droga prowadziła delikatnie w dół, wiatr wiał w plecy. Bardzo szybko przejechałem kilkadziesiąt kilometrów. Minąłem Kraków, zaczęło się ściemniać. Do mety pozostało 135 km, była godzina 20.00, wjechałem na finałowy odcinek górski. W międzyczasie podłączyłem swój lokalizator do powerbanka, dostałem bowiem sygnał, że rozładowała się w nim bateria.

profil odcinka górskiego. źródło: szlakiidrogi.pl

Tempo w nocy oczywiście spadło, nie tylko za sprawą podjazdów, ale również konieczności uważania na zjazdach. Do Tymbarka dotarłem chwilę po godzinie 22, od mety dzieliły mnie 103 km. Zrobiłem ostatnie zakupy, napiłem się kawy i ruszyłem w drogę.

Wraz z pierwszym podjazdem dopadła mnie gigantyczna senność. Jazda pod górę w nocy przypomina trochę jazdę na trenażerze. Jest wyczuwalny opór, ale dookoła nic się nie zmienia, bo i tak jest ciemno. Krótkie przerwy na spacer z rowerem nieco ożywiały umysł, jednak tylko na kilka minut. Apogeum senności dopadła mnie na podjeździe pod Przełęcz Ostrą. Dałem za wygraną i uciąłem sobie kwadrans drzemki na przystanku. Pomogło o tyle, że do szczytu dojechałem na jeden raz.

Dużym błędem było to, że nie ubrałem się na zjazd. Ten okazał się mieć prawie 10 km długości, co przy dużych prędkościach, pędzie powietrza i temperaturze ledwie 3 stopni było bardzo mrożące ;-) Na dole musiałem się zatrzymać na małą rozgrzewkę. 

Kolejny podjazd to ostra ściana Wierch Młynne. Miałem jednak problem by na nią trafić, ponieważ kierował do niej przejazd mostkiem z betonowych płyt. Przejechałem go ledwie 200 metrów i dostałem 4 wiadomości, że źle jadę. Nawet o 1 w nocy kibice nie spuszczali mnie z oka ;-)

Wierch Młynne pokonałem spacerkiem, był bowiem bardzo stromy. Również częściowo na zjeździe sprowadzałem rower, dziury, kamienie i stromizna wydały mi się zbyt niebezpieczne.

Po zjeździe rozpocząłem podjazd pod Przełęcz Knurowską. Wyjątkowo monotonny i nudny. Na podjeździe wyprzedziłem ekipę, z którą spotkałem się kilkanaście godzin wcześniej na obiedzie, a na szczycie przełęczy zatrzymałem się na 6 minut drzemki na ławce. Dla odmiany zjazd był bardzo ciekawy i fajny, bezpieczny, dużo zakrętów, za dnia musiał sprawiać dużo frajdy. 

Najbardziej upierdliwe w jeździe w górach było to ciągłe przebieranie się. Przed podjazdem zdejmowanie ciuchów by się nie zapocić, przed zjazdem zakładanie by nie zamarznąć.

Fragment korespondencji smsowej z Turystą o 4 nad ranem:
T: Jedziesz z Pawełkami? GPS Ci nie działa od Knurowskiej.
O: Jo. Mgła jak cholera i wszyscy zasypiamy.
T: Uważajcie na zjazdach.
O: Staram się nie przekraczać 60 km/h.
T: Kurde, ja tyle nie miałem, pięćdziesiąt parę najwięcej.

Kolejne kilometry pokonaliśmy wspólnie w grupce. Senność zaczęła być nieznośna, również ze względu na mgłę, która nagle się pojawiła. Kilka razy prowadziliśmy rowery, niektórzy podejmowali próby drzemki na przystankach. W Niedzicy odjechałem od grupki. Do mety było tylko 30 km i stwierdziłem, że trzeba skończyć z tym dziadowaniem. 

Do końca mi się to nie udało. 20 km przed metą, zatrzymałem się na 5 minut drzemki na przystanku na podjeździe pod Łapszankę. Próbowałem przełamać senność interwałami, wrzucałem 4 przełożenia wyżej i stawałem na pedałach, ale efektu nie było. Nie pozostało nic innego jak się zatrzymać. 

Na szczycie Łapszanki było już widno, zrobiłem zdjęcie Tatrom i rozpocząłem nieco wariacki zjazd w dół. Od mety dzieliło mnie 7 km i podjazd w Brzegach, którego jeszcze nigdy nie podjechałem na jeden raz. Stwierdziłem, że tym razem choćby nie wiem co się działo, to dam radę i gdy już niewiele brakowało bym się poddał, zauważyłem trzech innych zawodników wpychających swoje rowery na podjeździe. Momentalnie odzyskałem wigor, przyspieszyłem i do mety dotarłem bez zatrzymywania o godzinie 7.45. Przejechanie trasy zajęło mi 69 godzin 45 minut, zająłem miejsce 24 na 56 startujących, spośród których tylko 39 dotarło do mety.


Warto tutaj wspomnieć o dwójce, która zamknęła stawkę: Mirosław Czapliński i Andrzej Piotrowski. Andrzej brał udział w wypadku, odwiedził szpital gdzie był szyty, jednak kontynuował jazdę. Niestety 25 km przed metą rana na nodze się ponownie otworzyła, jednak i to nie zatrzymało zawodnika. Odwiedził przychodnię w Łapszach, gdzie dokonano niezbędnych poprawek i na metę dotarł o 18.45. Wielkie brawa!

Wynik taki sobie, do mety planowałem dotrzeć prawie 10 godzin wcześniej. Karty rozdawała pogoda, jednak ograniczając nieco postoje i jadąc bez namiotu z pewnością udałoby mi się sporo do tego celu zbliżyć.



Nowe gminy (22):
1189: Kiernozia
1190: Skierniewice - miasto
1191: Skierniewice - wieś
1192: Nowy Kawęczyn
1193: Rawa Mazowiecka - miasto
1194: Rawa Mazowiecka - wieś
1195: Czerniewice
1196: Rzeczyca
1197: Inowłódź
1198: Poświętno
1199: Łopuszno
1200: Krasocin
1201: Włoszczowa
1202: Secemin
1203: Koniecpol
1204: Lelów
1205: Iwanowice
1206: Michałowice
1207: Kocmyrzów - Luborzyca
1208: Niepołomice
1209: Jodłownik
1210: Słopnice

10 komentarzy:

  1. Niesamowity przejazd, wyczerpująca relacja. Brawo TY!!! Nie znam drugiego takiego Wariata, jak TY:) Aż miło:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie opisane! Taktykę mentosową (w mniej ścisłym wydaniu) stosowałem też z powodzeniem na MRDP. Chociaż wtedy też do Łowocza w końcu nie dojechałem.

    OdpowiedzUsuń
  3. To się nazywa pasja i zawziętość
    Brawo Olek czekam na kolejną relację
    Trzymaj się

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetna relacja ! A mówiłam ,że jak będzie Ci się chciało spać to zadzwoń, to Ci pośpiewam , wiem , wiem wolałbyś żebym Cię biła ,Jeszcze raz gratulacje za hart ducha i dzięki za emocje !

    OdpowiedzUsuń
  5. I jeszcze jedno , muszę to powiedzieć - masz najzgrabniejsze nogi w tym peletonie / pomijając Panie/ i jak nie ma na imprezie Waxa

    OdpowiedzUsuń
  6. Czy mógłbyś podać jakiego sprzętu noclegowego chciałeś użyć (śpiwór i namiot) oraz jaką to konkretnie odzież przeciwdeszczową używałeś?

    OdpowiedzUsuń
  7. ok.
    namiot: natureike cloudup 1
    śpiwór: cummulus liteline200 (z dodanymi 50 g puchu)
    uprząż: triglav pacman

    kurtka: decathlon raincut
    spodnie: decathlon raincut
    ochraniacze na buty: autorstwa Rafała z bloga: wciazwdrodze (link po prawej)

    OdpowiedzUsuń
  8. Elegancko. Już się nie mogę doczekać września 2018 roku

    OdpowiedzUsuń
  9. Czy w tekście mowa o Smoleniu, który był uczestnikiem ISQ i ligowym wyrobnikiem w GibSkład ;)?

    Pozdrawiam. Duży wyczyn. Wielka walka ze sobą. Gratuluję

    OdpowiedzUsuń
  10. Ekstra relacja, jesteś dzikiem!!!

    OdpowiedzUsuń