sobota, 4 czerwca 2016

Maraton Podróżnika 2016


dystans: 532,16 km czas jazdy: 23 h 49 min
V średnia 22,34 km/h podjazdy: 5193 m


Trzecia edycja Maratonu Podróżnika zaczęła się dla mnie od małego problemu. Trzy tygodnie przed startem moje życie przewróciło się kompletnie do góry nogami. Zmieniłem pracę, przeprowadziłem się do Gdańska. Zmiany zdecydowanie pozytywne i dla mnie szczęśliwe, ale niekorzystne pod kątem Maratonu Podróżnika. Przez trzy tygodnie prawie nie jeździłem na rowerze, co nie było jeszcze takim wielkim problemem. Podstawowe pytanie brzmiało: jak u licha dostać się do Kielc startując z Gdańska w piątek po pracy i jak wrócić, by w poniedziałek stawić się w pracy. Warianty rozważałem różne: pendolino, nocny pociąg, nawet samolot. Ostatecznie udało się dogadać z Pająkiem i w piątek o 16 samochodem ruszamy z Rębiechowa w liczącą ponad 500 km trasę. 


Do bazy docieramy sprawnie, nawet pomimo prawie godzinnego postoju na zjeździe z autostrady w Strykowie. Na miejscu meldujemy się o 22.30. Jest czas by się ze wszystkimi przywitać, przygotować rower i przespać się te 6 godzin. Z ciekawszych rzeczy odnotuję tylko rozmowę z Wieśkiem Jańczakiem, który na miejscu zdaje sobie sprawę, że nie wziął ani oświetlenia, ani butów SPD, więc rezygnuje z jazdy. Ostatecznie udało się go namówić na dystans 300 km i to była dobra decyzja, bo wspólnie z dwójką innych uczestników dojechał do mety jako pierwszy.

Sobotnie poranne przygotowania pominę, bo nie dzieję się nic niestandardowego. Zostałem przypisany do pierwszej grupy startowej (grupy koksów) jako ostatni, piętnasty zawodnik. Wiadomo - poziom nie dla mnie, ale jako że mam trochę naturę do wygłupów, to oczywiście ruszam jako pierwszy na rozpoczynający trasę zjazd i od tego momentu nikt do końca życia nie odbierze już mi tego, że prowadziłem w Maratonie Podróżnika :)

fot. starszapani

Oczywiście wszystko w kategorii żartów, bo po kilku sekundach dochodzi mnie Hipek, a za nim cała reszta, a ja nie próbuję stawiać oporu (hehe, jakbym był w stanie :D). Pierwsze kilka kilometrów jedziemy całą grupą spokojnie, trochę jak na masie krytycznej. Ustawiam się na końcu grupy licząc, że trochę się powiozę, ale nie przygotowałem się na zawody ani pod względem formy sportowej, ani też przebiegu trasy. Wkrótce zaczyna się lekki podjazd, grupa przyspiesza, pulsometr wskazuje wartości powyżej 170 uderzeń, więc grzecznie dziękuję. Dalej jadę już sam. 

Po chwili dostaję smsa od rodziców: "widzieliśmy cię". No tak, rodzice weekend postanowili spędzić w okolicach. Tyle, że mnie nie mija żadne auto, więc pewnie widzieli koksów. Po chwili faktycznie widzę jadącego z naprzeciwka Opla Astrę, więc energicznie macham rodzicom i jadę dalej.

Nie jedzie mi się nawet źle, przyzwyczaiłem się do jazdy solo. Brakuje mi jednak energii, takiej mocy kolarskiej, co odczuwałem już wcześniej podczas przejażdżek po Gdańsku. Pocieszam się jednak tym, że mam średnią 28 km/h, a mój plan przejechania trasy w 24 godziny zakłada średnią z jazdy 24,3 km/h przy łącznej sumie 2 godzin postojów. Mego spokoju nie mąci nawet to, że po ok 15 km dogania mnie grupka Emesa. Przyłączam się do chłopaków na chwilę, daję nawet jedną zmianę, ale tak piekielnie ciągną, że pulsometr znowu wariuje. Szybko wracam do spokojniejszego tempa.

Na kolejnych kilometrach doganiają mnie całe tabuny zawodników. Jest grupka Wilka, Kota i Wąskiego, w szaleńcu gnającym na złamanie karku rozpoznaję Kuriera, potem jeszcze Ricardo z dwoma innymi osobami. Gdy dogania mnie grupka składająca się z Transatlantyka, Memorka, Blondasa i Alamanki, to zaczynam mieć nadzieję, że trochę z nimi pojadę; rozsądni, doświadczeni zawodnicy, trzymają fajne tempo. Faktycznie - jedzie się nieźle, ale krótko, bo jak na złość baterie w Garminie postanawiają się rozładować. Wymiana zajmuje może minutę, ale gonienie nie ma już sensu. Znowu dochodzą mnie kolejni zawodnicy, w tym Elizium i Rapsik. Nie jest to dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo Krzysiek po płaskim ciągnie jak Kubica na Monzy, ale widząc jego toporną sylwetkę na malutkim wzniesieniu wiem, że na podjazdach straci do mnie dużo i po prostu wykorzystuje łatwiejszy teren póki jest ku temu okazja. 

Przed Szczucinem dogania mnie duża grupa, a na jej końcu znajduje się Krzysiek Woś. Krzychu to świetny kompan do jazdy bo zawsze ma dużo rzeczy do powiedzenia i nie są to żadne dyrdymały, tylko porządna, ugruntowana wiedza połączona z poczuciem humoru i bystrością. Poza tym Krzychu to podobnie jak ja torunianin na obczyźnie, więc o wspólny język łatwo.

Krzychu nawet na maratonie zawsze znajdzie czas by obejrzeć zabytek, wstąpić do najlepszej cukierni w mieście i nawet nie pytam skąd wie, która jest ta najlepsza. Tym razem postojów nie ma, Krzychowi mówię jasno: nie czuję mocy, jadę wolno, nie będę stawał, jedź z resztą ekipy bo widzę że noga ci ciągnie. Krzychu jednak postanawia mi towarzyszyć i zmienia temat na bardziej przyjemny, a dokładniej na znajdujące się w Szczucinie Muzeum Drogownictwa. Przejeżdżając przez Pacanów Krzychu na głos zastanawia się z kolei jak nazywa się miejscowy klub piłkarski, bo przyda mu się to w relacji. Relacja jeszcze nie powstała, nie wiem co Ludowy Klub Sportowy "Zorza - Tempo" Pacanów ma wspólnego z Maratonem Podróżnika, ale już teraz zachęcam i zapraszam na bloga: http://skaut.bikestats.pl/

Na chwilę wjeżdżamy na krajówkę prowadzącą na most przez Wisłę. Po drugiej stronie jest znajdujący się na setnym kilometrze Szczucin, który zarazem jest pierwszym punktem kontrolnym (PK). Krzychu informuje mnie, że na rynku w Szczucinie mają zabytkową pompę ręczną z wodą pitną, więc możemy napełnić bidony. Pompa faktycznie jest, ale nie działa, więc szybko wysyłamy smsa meldunkowego i ruszamy dalej, wyprzedzając w ten sposób kilkanaście osób, które urządziły sobie postój, wśród których rozpoznaję m.in. Transatlantyka i Elizium. Na setnym kilometrze zgodnie z rozpiską na czas poniżej doby powinienem być o godzinie 12:29, a jestem o 11:43.

Szybko przyłącza się do nas Alamanka - Andżelika, której strzela napęd - ma zajechane zębatki, wyciągnięty łańcuch. Jakby tego było mało, nie ma ani mapy, ani nawigacji, nie zna więc kompletnie trasy i jest zdana na innych. Krzychu komentuje to w swoim stylu: "zobacz olo jak atrakcyjność mężczyzny rośnie wraz z zakupem Garmina". Jak się okazuje, jest w tym dużo prawdy bo po chwili dogania nas Wallace, który rower ma wprawdzie sprawny ale też nie ma mapy ani nawigacji i też do nas się przyłącza. O ile jednak Alamanka siada nam na koło i tylko nieśmiało sugeruje, że jest płasko i można zapieprzać, to Wallace po prostu wyrywa do przodu, a potem na najbliższym skrzyżowaniu na nas czeka, lub też jedzie w ciemno, a że rachunek prawdopodobieństwa jest bezlitosny, to kilka razy dokonuje złych wyborów. Nie robi to chyba jednak na nim wrażenia, bo raz nas wyprzedzając radośnie stwierdza, że chyba zaliczył nową gminę.

W międzyczasie Alamanka siada na koło jakiegoś innego zawodnika z nawigacją, a my z Krzychem wobec awarii słynnej szczucińskiej pompy zmuszeni jesteśmy zrobić zakupy w jednym z wiejskich sklepików, gdzie zostajemy tradycyjnie przywitani pytaniem: "a panowie z daleka?". Co ciekawe lokalni mieszkańcy z nieodłącznym piwnym atrybutem w ręku sami odpowiadają "pewnie z ... <i tu padła nazwa jakiejś wioski, zapewne okolicznej>". Gdy uprzejmie odparliśmy, że nie, że jedziemy z Kielc do Krosna i z powrotem, to spotkaliśmy się z równie tradycyjną jak pytanie jednowyrazową odpowiedzią, a że jest to słowo nieprzyzwoite, to powiem tylko, że zaczynało się na "k" a kończyło na "urwa". 

Postój jest ekspresowy, może trzy minuty i w drogę. Krzychu cały czas jest zauważalnie ode mnie szybszy, sugeruję więc, że może lepiej niech się na mnie nie ogląda tylko jedzie swoje, ale nic to nie daje, a ja w poczuciu, że hamuję kolegę staram się trzymać poziom. Niech te górki się wreszcie zaczną, może tam będzie lepiej. 


Na początek małe fałdki. Na dziurawym odcinku doganiam Blondasa, z kolei później dochodzi nas większa grupka składająca się m.in. z Gustava, Pająka i Wallace'a, który przy okazji znowu przegapia skręt. Wkrótce nam odjeżdżają, ale po chwili mijam Pająka zmieniającego dętkę. Zbliżamy się do dwusetnego kilometra i drugiego PK, który znajduje się na szczycie górki. Podjazd jest nie byle jaki, pasmo Brzanki, fajne już nachylenie, przyzwoita już długość. Zaczynamy go w czwórkę: ja, Krzychu, Wallace i Alamanka. Wkurzam się na swoją niemrawość i dociskam mocniej pedały, w efekcie chłopaki zostają w tyle, a ja i Alamanka pierwsi zdobywamy przełęcz. Wysyłamy smsy i zjeżdżamy, chwile jeszcze czekam na Krzycha, ale że nie nadjeżdża to postanawiam po prostu jechać swoje, zakładając, że szybszy Krzychu zaraz mnie dojdzie. Tak się jednak nie dzieje, zobaczymy się dopiero na mecie, dlatego w tym miejscu dzięki Krzychu za kolejne wspólne kilometry i że mnie trochę po płaskim pociągnąłeś :)

fot. Elizium

Na dwusetnym kilometrze zgodnie z rozpiską powinienem być o 16:58, tymczasem melduję się o 16:14. Cały więc czas utrzymuję dobre tempo by zmieścić się w jednej dobie. Kolejne kilometry to sporo pagórków, podjazdów, zjazdów. Jest co robić. Alamanka jedzie cały czas ze mną i wypytuje czy na bufecie będzie ktoś, kto zabrałby ją do bazy bo napęd jej roweru działa coraz słabiej i wątpi, że da radę dojechać. Napęd hałasuje niesamowicie, Alamanka jedzie z musu na niewygodnych przełożeniach. W dobrej wierze okłamuję ją, że z rowerem nie jest tak źle i na pewno da radę (tu akurat nie kłamię, co ma nie dać rady?). Tak pokonując liczne podjazdy i zjazdy wspólnie docieramy na bufet zlokalizowany na km nr 267 przy Zamku w Odrzykoniu. Bufet jest genialny - ławki przy agroturystyce położone na skraju skarpy, z pięknym widokiem na obszerną kotlinę z Krosnem w roli głównej. Do tego obsługa bufetu uwija się jak w ukropie - szybko dostaję talerz z makaronem, Przemek pyta mnie co ma mi wlać do bidonów, inni wolontariusze troszczą się o mnie niesamowicie. Pakuje w kieszenie banany, batony, zakładam rękawki i nogawki, poganiam Alamankę, która chce jechać wspólnie ze mną i po postoju trwającym ok 10-15 minut ruszamy w drogę. Czekając robię analizę podpisów na liście i biorąc pod uwagę godziny dotarcia do bufetu, dochodzę do wniosku, że  Wąski i Emes chyba jadą na koksie, bo odjechali mi na ponad godzinę.

fot. Turysta

Trasę przygotował Tomek i wywiązał się z tego zadania niesamowicie. Doskonałe asfalty, świetne widoki, a kwintesencją tego wszystkiego jest odcinek między bufetem a Brzozowem. Do samego Brzozowa docieramy w zapadającym zmroku, zapalamy lampki, a w oddali widzimy majaczące się światełka. Przyspieszam mocno by dogonić grupę i zastanawiam się kto to może być - jadą wolno, zbyt wolno by być uczestnikami maratonu. Z drugiej strony są doskonale oświetleni, więc mało prawdopodobne by byli to lokalni mieszkańcy wracający z zakupów. Okazuje się, że to Wilk, Wąski i Kot, a spowolnienie spowodowane jest problemami żołądkowymi Kota. Po Marzenie nawet w szarówce widać, że jest blada, słaba i ledwo jedzie. Chwilę jedziemy razem, ale z Alamanką im odjeżdżamy na podjeździe pod Izdebki.

Mamy w nogach 300 km, jest godzina 21:12, a plan zakładał 21:27. Jazda nocą to moja pięta achillesowa, więc wiem, że wkrótce będę już miał stratę względem planu. Pocieszam się, że plan zakładał 2 godziny postojów, a ja do tej pory mam tylko 35 minut, więc nawet jak będę jechał trochę wolniej niż zakładałem, to brakiem postojów jeszcze to nadrobię. 

Po pokonaniu podjazdu czas na zjazd, a ten jest genialny. Serpentyny w dużej liczbie na niezbyt stromym zboczu, to pomysł irracjonalny, ale dający dużą frajdę, można poszaleć. Przypominam sobie, że już tędy jechałem - w 2011 roku jadąc z sakwami dookoła Polski wschodniej.

fot. Turysta

Jest kompletnie ciemno, tradycyjnie więc prędkości spadają. Nie umiem jeździć nocą. Mam dobrą lampkę, niczego się nie boję, ale czuję się niepewnie gdy nie widzę niczego dookoła poza kawałkiem asfaltu, a jak do tego dochodzi senność i nieznany mi teren, to efekt jest taki, że odliczam godziny do świtu. Toczymy się więc wspólnie powoli pokonując liczne hopki i mijając wioski, a ciszę mąci tylko fatalnie hałasujący napęd Alamanki i odgłosy co chwile przeskakującego na zębach kasety łańcucha.

W zasadzie o tych nocnych kilometrach dużo powiedzieć nie mogę. Monotonia, niska prędkość, pogodzenie z faktem, że w jedną dobę się raczej nie wyrobię, a do tego senność, coraz bardziej uciążliwa. Małe ożywienie przychodzi w Kolbuszowej, gdy znowu dostrzegam lampki, więc przyspieszam i doganiam kilku zawodników. Okazuje się że jest to grupa lubelska po postoju w McDonaldsie, a tradycji staje się zadość i jak zwykle mijam się na trasie z Endriu :) Przyłączamy się do grupy, Andrzej dyktuje dobre mocne tempo, poruszamy się krajówką z doskonałym asfaltem, więc szybko się przebudzam. Jedziemy razem kilka km, w końcu odpuszczam widząc, że Alamanka ze swoim napędem raczej długo nie da rady utrzymać tego tempa. 

Z krajówki zjeżdżamy po minięciu Nowej Dęby. Czterysta kilometrów pada o godzinie 2:31, 36 minut później niż powinno. Droga jest sympatyczna, ale piekielnie płaska i nudna, męczy nas senność. Toczymy się w powolnym tempie zaliczając kontrolowane drzemki w trakcie jazdy. No, nie zawsze kontrolowane. W pewnym momencie słyszę tylko hałas, odwracam głowę i widzę wpadającą do rowu Alamankę. Zasnęła za kierownicą :) W sumie to bardzo dobry sposób na senność całej grupy, w każdym maratonie obligatoryjnie powinna być wytypowana jedna osoba, która na ochotnika wpadnie do rowu podnosząc w ten sposób wszystkim adrenalinę i przy tym budząc. Na szczęście Alamance nic się nie stało, rower też nie ucierpiał, więc szybko ruszyliśmy dalej i przy wschodzącym słońcu wjechaliśmy do Sandomierza.

Trasa od Sandomierza do mety generalnie płaska, jedynie z delikatnymi falami i hopkami i dwoma podjazdami na koniec. Jest jasno, więc od razu przybywa mi energii i mogę cisnąć. Dużo gorzej wygląda Alamanka, widać po niej zmęczenie kilometrami, nieprzespaną nocą i jazdą na niewygodnych przełożeniach i chyba już tylko jedną sprawną tarczą w korbie. Trochę mnie spowalnia, ale nie jakoś tragicznie, do tego już wiadomo, że w 24 godzinach się nie wyrobię, więc przecież jej nie porzucę dla symbolicznych trzech minut.

W pewnym momencie obok przystanku widzę leżący rower. Oho, ktoś od nas śpi, trzeba jechać cicho, bo się jeszcze obudzi, a tak wyprzedzimy go w generalce. Ku mojemu zdziwieniu na przystanku dostrzegam Hipka, który nie śpi, co więcej pyta mnie czy chcę coś do jedzenia. Kompletnie zaskoczony odpowiadam, że nie i jadę dalej. Po chwili jednak dochodzi do mnie, że to był Hipek. HIPEK! On powinien tu być minimum 5 godzin wcześniej. Co on tu robi, po gminy pojechał? Przecież już tu był, więc bez sensu. Może coś się stało, wymaga pomocy, a ja tak przejechałem obok nawet o to nie pytając. Szybko chwytam za telefon i dowiaduję się, że zmogła go choroba i już jedzie po niego Tomek samochodem i że może chciałbym coś jednak zjeść. Nie będąc pewny co to za choroba i czy to jedzenie nie wiązałoby się z odpłatnością ponownie odmawiam i jadę dalej.

W końcówce Alamanka dostaje trochę powera, ja też przyspieszam. Dzięki temu udaje nam się dotrzeć na metę równo z moimi rodzicami, z którymi umówiłem się na godzinę 9. Na mecie jestem dokładnie o 9:01, 25 godzin i 1 minutę od startu, a na postoje zmarnowałem godzinę i 12 minut. Zająłem 23 miejsce na 72 osoby, które wystartowały, tracąc do zwycięzcy ponad 6 godzin.

fot. Turysta

Czas na mecie leci niewspółmiernie szybko do tego na trasie. Pogaduchy, piwo, radość. Wkrótce dociera Pająk. Obiad, krótka drzemka i ruszamy w powrotną, długą drogę do domu. Zmęczenie daje o sobie znać, robimy pod koniec dwa postoje by Pająk odpoczął, ostatecznie do domu docieram o 1 w nocy.

Generalnie wynik przyjmuję z zadowoleniem, zwłaszcza biorąc pod uwagę brak mocy, okoliczności, a także fakt, że poprawiłem swój dobowy rekord z 475 km do 510 km. Zawsze może być jeszcze lepiej, a najbliższa okazja to Pierścień 1000 Jezior na dystansie 620 km rozgrywany na początku lipca.

Zaliczone gminy (30):
1076: Masłów
1077: Bodzentyn
1078: Górno
1079: Daleszyce
1080: Raków
1081: Szydłów
1082: Staszów
1083: Rytwiany
1084: Oleśnica
1085: Czarna
1086: Pilzno
1087: Skrzyszów
1088: Szerzyny
1089: Rygielice
1090: Jodłowa
1091: Brzostek
1092: Frysztak
1093: Wojaszówka
1094: Korczyna
1095: Haczów
1096: Iwierzyce
1097: Grębów
1098: Gorzyce
1099: Sandomierz
1100: Obrazów
1101: Wilczyce
1102: Wojciechowice
1103: Waśniów
1104: Nowa Słupia
1105: Pawłów

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz