niedziela, 14 czerwca 2015

Maraton Podróżnika 2015 - dookoła Tatr


dystans: 533,23 km czas jazdy: 27 h 17 min
V średnia 19,54 km/h podjazdy: 7150 m


Po wielu tygodniach przygotowań i treningów wreszcie nadszedł czas weryfikacji, czas na drugą najważniejszą imprezę w sezonie - Maraton Podróżnika. Imprezę o tyle trudną, że niesamowicie górzystą, dość powiedzieć, że zapowiadało się ponad 7000 metrów przewyższenia. Jak do tego dodamy 530 km dystansu, oraz fakt, że przyszło nam rywalizować w upale grubo powyżej 30 stopni, to trudno nie nazwać tej trasy poważnym wyzwaniem.

Po zeszłorocznym debiucie na długim dystansie zwieńczonym ukończeniem ultramaratonu Bałtyk Bieszczady, pierwszy raz wpadła mi do głowy myśl, by może jednak spróbować zrobić coś na kształt treningu. Jest to o tyle trudne, a zarazem ciekawe, że w przypadku ultramaratonów kolarskich w zasadzie nie istnieją jakiekolwiek pozycje, lektury, gotowe wzorce, jakich np. pełno w bieganiu. Trzeba więc bazować na doświadczeniach innych, wczytywać się w relacje uczestników zawodów i wychwytywać przydatne informacje, wymyślać własne koncepcje, a potem sprawdzać je w rzeczywistości. Na każdego często działa coś innego, trzeba to najpierw odkryć. Nie miałem też jednak złudzeń, że nagle oto przebojem wedrę się do czołówki zawodników - w dystansach ultra podstawą są tysiące wyjeżdżonych kilometrów, właśnie dlatego tak dużo sukcesów w tej dyscyplinie osiągają osoby po czterdziestce i starsze.  Po prostu potrzeba na to lat spędzonych na siodełku. Oczywiście to całe moje, nazwijmy to "trenowanie" zapewne ma niewiele wspólnego z prawdziwym treningiem jakiejś dyscypliny, pełnym rygorów, nakazów, zakazów, zaleceń. Ukształtowałem sobie jednak w głowie jakiś plan i w myśl zasady, że lepszy zły plan niż żaden, zacząłem go realizować. Zimę spędziłem aktywnie, jeździłem na rowerze, trochę biegałem, trochę się wspinałem. Udało się też zrzucić ok. 8 kilogramów, co wydatnie daje się odczuć na podjazdach. Wiosenne testy wypadły świetnie, doinwestowałem w rower, czas najwyższy zacząć zbierać owoce tej pracy!

Na starcie o ósmej rano stanęło 37 zawodników. Zapisanych było więcej, ale jak to zwykle bywa, łatwo jest się zapisać i przejechać palcem po mapie, gorzej faktycznie wystartować. Pierwsze 45 kilometrów z naszej bazy położonej w Dolinie Będkowskiej do Wieliczki pokonaliśmy w grupach na zasadzie startu honorowego. Celem było spokojne i bezpieczne przejechanie Krakowa. Prawdziwe ściganie zaczęło się za Wieliczką. Faworyci depnęli mocno i więcej ich nie widziałem. Mój plan zakładał spokojną jazdę solo w oparciu o wskazania pulsometru, pilnowanie spokojnego tempa, nie forsowanie się i przede wszystkim pilnowanie regularnego picia i jedzenia. Było to o tyle ważne, że na liczniku wystawionym na słońce termometr wskazywał często i 40 stopni. Niektórzy zawodnicy ostatecznie przepłacili to odwodnieniem, osłabieniem i wycofaniem z trasy. Czas marzenie jaki sobie wyznaczyłem to 30 godzin, choć było to trochę wróżenie z fusów, to wymagało to przede wszystkim olbrzymiej dyscypliny na postojach, tzn. unikania ich jak ognia poprzez strategię: "jedź wolno, stój szybko".

Pierwsze poważniejsze podjeżdżanie zaczyna się po przejechaniu 73 km i minięciu Tarnawy. Podjazd pod Stare Rybie. Pokonuję go bardzo sprawnie, nie robią na mnie wrażenia nachylenia, jadę powoli, systematycznie do przodu. Otaczają mnie piękne pagórkowate krajobrazy i muszę przyznać, że tak jak wielu narzekało na upał, tak ja go specjalnie nie odczuwałem. No było gorąco, pot lał się strumieniami, ale mam wrażenie, że niektórzy ciągle narzekali na upał, a ja po prostu jechałem. Może to też kwestia treningu mentalnego i zasady by nie narzekać, a najlepiej w ogóle nie zajmować się sprawami, na które się po prostu nie ma wpływu. Niewątpliwe w ostatnim czasie trochę mi się również zmieniło odczuwanie ciepła, być może to kwestia zmiany masy ciała. Tak jak zawsze byłem zimnolubny, tak teraz suwak przesunął się bardziej w stronę ciepła. Jedyne na co realnie wpływał upał, to ilość postojów w sklepach, wypijałem bowiem średnio 1,5 litra wody na 25 kilometrów i często musiałem dotankowywać. Szybko zdaję sobie sprawę z tego, że nie mam co marzyć o 30 godzinach, bo niepotrzebnie będę napinał łydę i mogę przeszarżować. Lepiej pilnować na tyle na ile się da reżim postojowy i jechać przed siebie, czas wyjdzie wtedy dobry.

Podjazd pod Stare Rybie


Kolejny podjazd zaczyna się przed Limanową. Jest to podjazd pod Przełęcz Ostrą. W oddali widzę przed sobą Pająka i Emesa, systematycznie się do nich zbliżam. Na przełęcz wjeżdżam bardzo sprawnie, co widać poniżej po wynikach. Tomek to jest inna liga, nie ma co się porównywać, ale podjeżdżanie w tempie podobnym do Turysty to oznaka, że jakiś progres w tej materii zrobiłem :) Po drodze wyprzedzam chłopaków, na chwilę zatrzymuję się na postój. Kolor moczu wodnisty, uspokaja to mnie co do ilości przyjmowanych płynów :)

Przełęcz Ostra
czasy podjazdu pod Przełęcz Ostrą

Zjazd bardzo przyjemny, nogi odpoczęły, w tym czasie mogłem trochę uzupełnić kalorie. Wyprzedził mnie Adaśko, zaproponował wspólną jazdę i współpracę, ale odmówiłem, konsekwentnie trzymając się swojego planu jazdy solo. Po chwili wyprzedził mnie też TomStep i endriu68, z którym na trasie będę mijał się jeszcze kilka razy.

Wraz z końcem zjazdu zaczyna się odcinek płaski, miałem nadzieję zrobić tutaj trochę zapasu. Niestety plany te storpedował wiatr, mocno wiejący z południa. Droga prowadziła Doliną Dunajca, wiało niemiłosiernie, a ja wkładałem wiele wysiłku by jechać 18-19 km/h. Oj przydałby się ktoś, komu można by usiąść na koło :)

W końcu docieram do Krościenka i skręcam na zachód na drogę do Nowego Targu. Kawałek dalej, na sto czterdziestym kilometrze trasy skręcam w lewo, przez mostek na jakąś lokalną drogę. Taki mostek i wąska droga nie może zwiastować nic dobrego, to podjazd pod Przełęcz Osice. Początkowe 6% nachylenia podjazdu w kulminacyjnym punkcie zmienia się na chwilę w 17%, przepycham pedały jadąc na stojąco, pulsometr wskazuje 185 uderzeń serca na minutę. W końcówce rozsądek wygrywa z ambicją. Wprowadzam rower, prędkość zbliżona, puls uspokojony. Jak się okazało, pomimo uczucia porażki, nie poszło mi tak źle.

podjazd pod Przełęcz Osice
czasy podjazdu pod Przełęcz Osice

Nagroda przychodzi szybko. Tatry! W całej swej okazałości stają przede mną, widok dodaje siły, a przede mną świetny zjazd nad Zalew Czorsztyński. Następnie jeszcze kilka kilometrów delikatnie pod górę i docieram do pierwszego punktu kontrolnego - restauracji w Łapszach Niżnych na sto pięćdziesiątym szóstym kilometrze, gdzie większość uczestników postanawia zatrzymać się na bufet. Spotykam tutaj kilka osób, m.in. Memorka, Transatlantyka, Keto, Turystę, Górala. Upewnia mnie to w przekonaniu, że jadę dobrze i ten kurs trzeba kontynuować. 

fot. Średni

Niestety, w restauracji trochę za długo posiedziałem. Wyszło wszystkiego 45 minut. Było jednak tak przyjemnie - klimatyzacja, żurek, pierogi, zimna woda w toalecie. Nawet nie wiem kiedy to zleciało. Przy okazji dowiedziałem się o kilku zawodnikach, którzy się wycofali, o problemach jakie mają z upałem. Może nie jest to miłe, ale dodało mi to pewności siebie, upewniając w przekonaniu, że moc jest ze mną :) 

W dalszą drogę ruszam koło 16.45. Żołądek musi szybko trawić, za chwilę zaczyna się kolejna walka z grawitacją, tym razem podjazd pod Łapszankę. Droga biegnie bardzo przyjemnie w cieniu, ruchu nie ma żadnego, nachylenie umiarkowane. Dopiero w końcówce trzeba mocniej depnąć, nie ma rady, wprawdzie mam miękkie przełożenie 30x26, ale przy nachyleniach 8% raczej już wygodniej i sprawniej mi cisnąć na stojąco niż siedząc. Na szczycie kolejny prezent. Znowu widać Tatry. Teraz jednak są wręcz na wyciągnięciu ręki. Od teraz aż do zmierzchu będę ja cały czas miał na oku.

czasy podjazdu pod Łapszankę
podjazd pod Łapszankę

Szybki zjazd do Jurgowa, kilka kilometrów po płaskim i wjeżdżam na Słowację. Pierwsze co widzę w tym kraju, to Endriu68 wybiegającego z lasu z okrzykiem na ustach. Myślałem, że może był za potrzebą i kleszcz ugryzł go "w miejsce gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę". Okazało się jednak, że pobierał wodę do bidonu z rzeki, a przy okazji chciał mnie pozdrowić :-) Ja zamiast wody z rzeki wolałem ze sklepu, który był kilometr dalej :)


Słowacja zaczyna się od kolejnego podjazdu, tym razem czas na Zdzarske Sedlo. Chyba zaczynam wydawać kuszące zapachy, bo goni mnie chmara much. Nie ma więc możliwości by się zatrzymać, bo jeszcze gotowe zeżreć mnie żywcem.

czasy podjazdu pod Zdzarske Sedlo

Zdzarske Sedlo

Wdrapałem się na ponad tysiąc metrów, czas trochę dla odmiany wytracić wysokości. Kolejne kilometry wpadają więc gratis aż do momentu skrętu w prawo na drogę, którą od południa okrąża Wysokie Tatry. Ruchu nie ma tu żadnego, wiatr przestał wiać, góry na wyciągnięcie reki. Czego więcej chcieć? Droga cały czas prowadzi do góry, ale bardzo delikatnie.

pod Strsbske Pleso chwilę jechałem z Matwestem i Adaśko, fot. Matwest

Wszystko kończy się w okolicach Strbskego Plesa. Docieram tam chwilę po 21. Zapada zmrok, zakładam więc kamizelkę odblaskową i odpalam światła. Robię krótki postój na przebranie się, temperatura spadła już poniżej 20 stopni, a na zjazdach będzie chłodno. Zakładam wiatrówkę, ochraniacze na nogi, buffa na głowę i jadę w dół. Zjazd pokonuję spokojnie, sporo hamując. Szkoda ryzykować, poza tym nie chcę przegapić Bufetu, który był zlokalizowany na kilometrze nr 240. Tam na przydrożnym parkingu rozstawił się Maciek, z Magdą i Tereską i poświęcając dla nas swój czas przygotowali nam prawdziwą ucztę. 

fot. mdudi

Zajadam się makaronem, do tego jest kawa, herbata, banany, drożdżówki i kanapki z cateringu. Zabieram na drogę też trochę zapasu, uzupełniam puste bidony. Na bufecie spotykam Memorka, który źle się czuje i decyduje wycofać z dalszej rywalizacji i wrócić wraz z ekipą z Bufetu. Ekipo: wielkie dzięki za bufet, senność odeszła na jakiś czas, energia wróciła ze zdwojoną siłą :)

Pierwszy odcinek po postoju jest łatwy, to 30 kilometrów w dół, aż do Liptowskiego Mikulasza. Za nim zaczyna się ponownie rzeźba. Najpierw jakimiś bocznymi dróżkami, gdzie raz nie zauważam skrętu i w nagrodę muszę wdrapywać się pod ściankę 12%, która chwilę wcześniej zjechałem. Po chwili zaczynam podjazd pod Kvacanske Sedlo. Siły są, ale co z tego jak senność męczy. Wyciągam słuchawki i włączam radio. Udaje się złapać jeden kanał, gadają po słowacku o roli kościoła katolickiego w rozwiązywaniu konfliktów zbrojnych na świecie. Nie ma co, pobudzili mnie jak nic. Przynajmniej o pełnej godzinie są wiadomości i dowiaduję się o planach ministerstwa obrony narodowej Słowacji oraz poznaję wyniki słowackiego sportu. Powoli, bo powoli, ale wtaczam się na przełęcz, z nadzieją, że zjazd mnie trochę ożywi.

czasy podjazdu pod Kvacanske Sedlo

Kvacanske Sedlo

Zjazd na szczęście mnie trochę orzeźwia. Robię krótki postój na zmianę baterii w lampce i jadę dalej. Docieram w miarę sprawnie do Jeziora Orawskiego, senność jednak mocno już mnie ogranicza. Od jakiegoś czasu umysł lekko odpływa, a oczy rozglądają się za jakimś przystankiem autobusowym by na kwadrans się położyć. Walczę by się nie dać, do świtu już blisko. Jak wzejdzie słońce będzie łatwiej. Szczęśliwie natrafiam na całodobową stację, co rzadko się trafia na Słowacji. Wynika to zapewne z faktu, że nad jeziorem jest sporo imprez i co chwile ktoś podjeżdża by uzupełnić braki w alkoholu. Wysyłam smsa o tym, że znalazłem czynną stację do Emesa, bo wiem że powinien jechać niedaleko za mną, wypijam kawę i ruszam przed siebie. Zaczyna się robić widno, zrzucam z siebie kamizelkę, wyłączam lampki i jadę w kierunku granicy z Polską, którą rzekraczam na Przełęczy Glinne. W nogach mam już 357 kilometrów. Czas podjazdu słaby, ale miałem kilka minut postoju na większą potrzebę :-)

Od granicy droga biegnie cały czas lekko w dół. Nagle następuje jakiś przełom, jazda idzie mi świetnie. Kręcę cały czas szybo, w pewnym momencie na którejś ściance doganiam kolarza. To Transatlantyk, chwilę jedziemy razem i rozmawiamy. Wygląda na zmęczonego, tak jest w istocie, mówi, że trzy razy zatrzymywał się na drzemkę. Po chwili od niego odjeżdżam. Fakt, że kogoś wyprzedziłem dał mi niesamowitego kopa. To pokazuje jak ważna  w ultramaratonach jest psychika. Gdybym potrafił utrzymać taki stan umysłu na dłuższy czas, wówczas moje wyniki byłyby o wiele lepsze. A tak była to tylko "złota godzina", podczas której wychodziło mi wszystko, jechałem szybko i sprawnie, a każdy podjazd był żartem. Wszystko to na niskim tętnie 130-140 uderzeń na minutę. Tak jest chociażby na podjeździe pod Przełęcz Przysłop, którą pokonuje za jednym zamachem, prawie całą na stojąco.

czasy podjazdu pod Przełęcz Przysłop
przełęcz Przysłop

Zjazd z przełęczy bardzo nieprzyjemny ze względu na dziury. Na szczęście szybko się kończy i wjeżdżam do Zawoi. Chwila postoju na zrzucenie z siebie zbędnych ciuchów, wymianę baterii w Garminie i rozpoczynam podjazd pod Krowiarki. Moja "złota godzina" już się skończyła, ale i tak wjeżdżam w miarę sprawnie. Oczywiście na tyle, na ile jest to możliwe mając 400 km w nogach :)

czasy podjazdu pod Przełęcz Krowiarki
podjazd pod przełęcz Krowiarki

Przełęcz osiągam o 9, z tego miejsca do mety pozostaje już tylko nieco ponad 100 kilometrów. Czas na zjazd, a ten jest świetny, doskonały asfalt, szerokie łuki, można jechać szybko i bezpiecznie. Wszystko co dobre jednak szybko się kończy, po chwili skręcam w lewo i rozpoczynam kolejną wspinaczkę, tym razem pod niezbyt dużą przełęcz Zubrzycką. Tutaj odczuwam już spore zmęczenie, po prostu mi nie idzie, zwłaszcza że końcówka jest dość stroma. Rozpoczynam kilka kilometrów zjazdów, a na ich końcu robię większy postój pod sklepem. Wlewam w siebie sporo płynów, chłodzę się w cieniu, bo temperatura w międzyczasie zdążyła wzrosnąć do ok. 30 stopni. Mija i pozdrawia mnie dwóch szosowców w koszulkach z BBTouru, ale nie potrafię rozpoznać kto to.

Kolejne kilkanaście kilometrów do Makowa Podhalańskiego to jazda po płaskim. Dzięki większej prędkości udaje się tutaj odrobić trochę czasu. Znowu jednak zaczyna męczyć mnie senność. Odbieram też telefon z nieznanego mi numeru, niejaka Magda szuka męża. Dopiero po powtórzeniu zrozumiałem, że żona Siudka próbuje dowiedzieć się co z jej mężem. Uspokajam ją, że mąż ostatni raz widziany był 24 godziny wcześniej i jadę dalej. Po chwili docieram do Makowa, nastawienie bojowe, tutaj podobno ma być jakaś super ścianka.

Zaczyna się solidnie, ale bez szału, są serpentyny, licznik wskazuje 6-8%. Po chwili jednak droga prowadzi już prosto, trochę jeszcze podjeżdżam, ale to bez sensu. Dalszą część rower już wprowadzam. Jak się okazało najgorsze dopiero przede mną. Zjazd jest jeszcze bardziej stromy, a do tego wąski i niesamowicie kręty. Cały czas hamuję, ale i tak rower rwie do przodu. Robię dwa postoje by trochę dać odpocząć kołom i hamulcom. Na mecie się dowiedziałem, że to miało sens, bo Gavkowi z przegrzania wystrzelił nypel i rozcentrował koło. Na zjeździe wykręciłem średnią 16,4 km/h :D

czasy podjazdu pod Makowską Górę
Góra Makowska - podjazd

Góra Makowska - tak zjeżdżaliśmy

Maków to według mojej rozpiski ostatni poważny podjazd. Dalej miały być już tylko dużo mniejsze. Tak też w istocie było, jednak okazały się być stromymi ściankami. Walka z nimi kosztowała sporo wysiłku, na dwóch zdarzyło mi się w końcówce podprowadzać rower. Do tego znacząco pogorszyła się jakość asfaltów, najgorsze co może być to hamowanie na zjazdach. Niesamowicie irytuje, wybija z rytmu, spowalnia. Wszystko to powodowało, że droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Ostatecznie na metę wpadam o 15.52, chwilę wcześniej wpycham rower pod ostatnią ściankę. Oficjalny czas to 31 godzin 47 minut.

fot. Turysta

Pomimo, że nie udało mi się zejść poniżej 30 godzin, to osiągnięty rezultat oceniam pozytywnie. Udało mi się ograniczyć postoje, choć ze względu na upał nie tak bardzo jakbym chciał. Odpoczywałem w sumie ok 4,5 godziny. Przyzwoicie też wyglądały podjazdy, a jazda solo okazała się być komfortowym dla mnie rozwiązaniem, choć jadąc w grupie byłaby szansa na lepszy czas. Spaliłem 19 tysięcy kalorii. Do mety dotarłem konkretnie skatowany, ale organizm był w stanie się z tym zmierzyć. Po zawodach nie miałem zakwasów, skurczy, bólów. Po prostu mięśnie przez kilka dni były bardzo zmęczone. Inni narzekali na tyłek, ja nie miałem z nim problemów nawet przez sekundę. Za to oberwały trochę dłonie, pojawiły się lekki odrętwienia i bóle poduszek dłoni, ale to też kwestia kilku dni. Tradycyjnie dorobiłem się też komicznej opalenizny, no ale to normalne przy jeżdżeniu całymi dniami na rowerze.

Najbardziej zdziwił mnie fakt, że tak szybko to zleciało. W końcu to prawie 32 godziny! Trasa była jednak tak urozmaicona, że ciągle coś działo, podjazdy, zjazdy. Trzeba było cały czas pilnować nawadniania, jedzenia, pulsu. Pomimo, że jechałem sam, to nie nudziłem się. W ogóle jazda solo to moje nowe odkrycia, tak jak rok temu na BBTourze niemal nie mogłem się oderwać od grupy, tak teraz ciężko jest mi jechać z innymi. Lepiej się czuję jadąc w pojedynkę, gdy sam muszę się mierzyć ze wszystkim trudnościami.

Impreza okazała się być bardzo udana, cieszę się, że oprócz uczestniczenia w niej miałem także okazję ją współtworzyć jako członek Kapituły Maratonu. Trochę było z tym pracy, pilnowania różnych spraw, ale chyba to po prostu lubię.

Dziękuję wszystkim kibicom, którzy wspierali mnie smsowo lub chociażby poprzez trzymanie kciuków.

Oficjalne wyniki:

1   Tomasz Niepokój   23:50
2   Witold Kawa   25:02
    Agata Wójcikiewicz   25:02
4   Janusz Szafarczyk   26:19
5   Paweł Pieczka   27:05
6   Dominik Abramowicz-Piec   27:10
7   Przemysław Liebner   27:20
8   Michał Wolff   27:52
9   Adam Szczygieł   27:59
10   Daniel Śmieja   28:24
11   Piotr Waksmundzki   28:34
12   Patryk Wawryszuk   28:55
13   Waldemar Grejner   29:10
     Monika Kędziorek   29:10
15   Jacek Nowicki   29:15
     Krzysztof Kreft   29:15
     Gabriel Dobrowolski   29:15
18   Adam Śliz   31:44
     Mateusz Westrych   31:44
20   Aleksander Głomski   31:47
21   Michał Sałaban   32:43
22   Andrzej Grondek   33:04
23   Marzena Szymańska   33:31
24   Marek Piluch   33:54
25   Jarosław Poświata   36:20
26   Jakub Szymański   36:57
27   Mariusz Krawiec   37:02
28   Sławomir Siudowski   39:54
     Krzysztof Piotrowski 39:54
30   Arkadiusz Dobroskok   39:59
     Mariusz Filipek   39:59
     Łukasz Kozdrój   39:59

Nie ukończyli:

Marek Miłoszewski   DNF
Tomasz Stepaniak   DNF
Artur Czerkawski   DNF
Marcin Adamczyk   DNF
Paweł Kosiorek   DNF
Kamil Trejderowski   DNF

Rachunek z konsumpcji:
- 14 litrów wody
- 1 litr soku
- 0,5 litra coli
- 2 kawy
- 1 herbata
- 1 energy drink
- 2 kanapki własne
- 4 bułki z cateringu
- 6 bananów
- 2 batony zbożowe
- 3 batony proteinowe
- 1 paczka petit beurre
- 1 paczka żelek duża, 5 paczek żelek małych
- talerz żurku
- pół porcji pierogów
- talerz makaronu
- 1 lód

Nowe gminy (35):
942: Jerzmanowice Przeginia
943: Wielka Wieś
944: Zabierzów
945: Kraków
946: Liszki
947: Wieliczka
948: Biskupice
949: Gdów
950: Łapanów
951: Limanowa wieś
952: Tymbark
953: Limanowa miasto
954: Łukowica
955: Kamienica
956: Łącko
957: Ochotnica Dolna
958: Krościenko
959: Czorsztyn
960: Łapsze Niżne
961: Bukowina
962: Jeleśnia
963: Stryszawa
964: Zawoja
965: Jabłonka
966: Bystra Sidzina
967: Jordanów wieś
968: Maków
969: Budzów
970: Lanckorona
971: Stryszów
972: Kalwaria Zebrzydowska
973: Wadowice
974: Brzeźnica
975: Czernichów
976: Krzeszowice


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz