sobota, 12 sierpnia 2017

Długi weekend sierpniowy

Pomysłu większego na to co ze sobą zrobić z okazji dłuższego weekendu nie było przez dłuższy czas. Dokładniej rzecz ujmując: pomysłów było nawet kilka, brakowało tylko przekonania do każdego z nich. Ostatecznie stanęło jednak na opcji mieszanej: rowerowo – kajakowo – leniuchowej. Wybór okazał się trafny. Najprzyjemniejsze jednak, że znowu byłem w drodze…


sobota, 5 sierpnia 2017

III Kórnicki Maraton Turystyczny


dystans: 309,87 km czas jazdy: 11 h 26 min
V średnia 27,10 km/h podjazdy: 615 m


Czy żółw może prześcignąć zająca? Może. Pod warunkiem, że obaj się postarają. Żółw musi dać z siebie wszystko, a zając wiele rzeczy spartolić.

Do Kórnika zajechałem z zamiarem przejechania trasy o długości 310 km* w czasie 12 godzin. Charakterystyka maratonu ze względu na położenie geograficzne nie była moim sprzymierzeńcem. Płaskie, typowo rolnicze tereny to niemal synonim jazdy z dużymi prędkościami i w grupie, a to zdecydowanie nie są moje atuty. Z tego powodu zrezygnowałem z dystansu długiego (500 km), ponieważ jak do tego dodać moją kolejną piętę achillesową – jazdę w nocy, to zapowiadała się niezła męczarnia. Wołałem się zmęczyć intensywniej, ale krócej.

*W rzeczywistości trasa miała 320 km, ale dodatkowe dziesięć kilometrów stanowił start honorowy.

fot. Jędrzej Cholewczyński

sobota, 3 czerwca 2017

Maraton Podróżnika 2017 - Sudety


dystans: 495,72 km czas jazdy: 24 h 37 min
V średnia 20,14 km/h podjazdy: 6262 m


Kolejna, bo czwarta już edycja Maratonu Podróżnika zagościła na Dolnym Śląsku, a fragmentami również na terenie Republiki Czeskiej. Bazą, a tym samym miejscem startu i mety był ośrodek w Sulistrowicach nieopodal Sobótki.

fot. Jelona

W tegorocznej edycji doszło do zmiany organizacji startu. Na początku startowali najsłabsi, na koniec najlepsi. Ja byłem początkowo rozstawiony gdzieś w środku, jednak uznałem, że to bez sensu i tak oto trafiłem do grupy pierwszej, która ruszała punktualnie o ósmej. I tak nie zamierzałem jechać w jakimkolwiek peletonie tylko swoim tempem, a to oznaczało, że pewnie 95% trasy przejadę w samotności. Szkoda więc było mi tracić czasu na oczekiwanie na moją kolej. Start w pierwszej grupie ma też pewną wadę - wszyscy są zajęci przygotowaniami i nie ma komu zrobić zdjęcia. A jak już ktoś robi, to ja się zagapię. No nic, tutaj z Lubelakami: Endriu i Mariobikerem.

fot. Mariobiker

Po starcie od razu ruszyłem z kopyta i wyszedłem na prowadzenie. Niestety moja solowa ucieczka zakończyła się 493 km przed metą (czyli na drugim kilometrze). Szafar poleciał i tyle go widziałem. Chwilę jechałem z Turystą, Czerkawem, ale oni też mnie wyprzedzili. Na kolejnych kilometrach doganiali mnie również zawodnicy startujący w dalszych grupach, nie było to jednak dla mnie żadne novum - tak jest na każdym maratonie. Moim atutem nie jest szybkość, poza tym na początku większość zawodników przesadza z tempem jazdy. W drugiej części z reguły i tak większość z nich wyprzedzam, bo kiedy oni po szybkiej jeździe urządzają sobie przerwy w sklepach i na stacjach, ja konsekwentnie trzymam swoje równo tempo i ograniczam postoje.

Pierwszym sprawdzianem była trudna i sztywna Przełęcz Rędzińska. Nie jest ona spektakularnie długa, ani wysoka, jest za to bardzo stroma i w zasadzie ani na chwilę nie odpuszcza. Pomimo dość twardego przełożenia (30x26) nie miałem jednak wielkich problemów i sprawnie, częściowo siedząc, częściowo na stojąco wjechałem na szczyt.

sms z relacji live

fot. Elizium

źródło: www.genetyk.com

Po Przełęczy Rędzińskiej była chwilę na zregenerowanie nóg. Nie było całkiem płasko, bo do zaliczenia była Przełęcz Kowarska, no ale od strony, którą ją podjeżdżaliśmy nie była ona zbyt wymagająca. Zjazd był za to bardzo przyjemny. Niedługo później jednak zaczął się główny gwóźdź programu, czyli Przełęcz Karkonoska, którą określana jest najtrudniejszym szosowym podjazdem w Polsce.

fot. Elizium

źródło: www.genetyk.com

Wybór tego podjazdu na trasę maratonu budził pewne kontrowersje. Z jednej strony ikona, symbol, podjazd, z którym warto się zmierzyć. Z drugiej strony, z góry wiadomo było, że większość stawki na najtrudniejszych fragmentach urządzi sobie spacer. Tak też było w istocie i nikogo nie powinno to dziwić. Podjazd jest bardzo trudny, patrząc z perspektywy dystansu 500 km, jeżeli nie jest się bardzo mocnym góralem, to do zyskania było niewiele. Można za to było z łatwością zajechać sobie nogi i mieć problemy na kolejnych górkach. Oczywiście jednak byli tacy, co podjechali całość i przed nimi czapki z głów.

fot. Mariobiker

fot. Elizium

Ja dołączyłem do grona spacerowiczów :) Pooglądałem widoki, coś zjadłem. Może kiedyś jak będę w okolicy przyjadę by powalczyć, nie mając w tyle głowy, że mam przed sobą jeszcze 340 km do mety. Z ciekawych historii, jeden z zawodników wpychał rower... idąc tyłem. Wszystko w trosce o dobry stan bloków w butach szosowych :)

fot. Byczys

Podjazd od polskiej strony pod Przełęcz Karkonoską był po bardzo kiepskim asfalcie. Za to zjazd po czeskiej stronie szeroki, bezpieczny, bardzo fajny. Na zjazd założyłem kurtkę, co było przesadną troską o komfort termiczny, a co kosztowało mnie kilka minut - tyle czasu zajmuje wyjęcie i schowanie kurtki, gdy przy okazji przypadkowo rozcina się zipa i trzeba szukać zapasowego :)

smsy z relacji live

Jazda po czeskiej stronie była bardzo przyjemna. Świetne asfalty, dużo zjazdów. Do pokonania była tylko jedna przełęcz, której nazwy nie pamiętam. Tradycyjnie wyprzedził mnie Endriu, jeszcze chyba nie było imprezy, byśmy się nie tasowali na trasie. Po powrocie do Polski trzeba było pokonać kilka mniej znaczących górek i na kilometrze nr 252 znajdował się bufet.

sms z relacji live

Na bufecie zabalowałem tylko chwilę, choć obsługa i wyposażenie było doskonałe. Makarony w dwóch postaciach, soki, cola, drożdżówki, owoce, słodkości. Obsługa uwijała się jak w ukropie, należą im się za to gratulacje i podziękowania.

Po bufecie trasa ponownie prowadziła przez teren naszych południowych sąsiadów, przez rejon Adršpachu i słynnego Skalnego Miasta. Zapadł zmierz i zaczęła się ta część Maratonu, której najbardziej nie lubię - noc.

Początek był niezły, jednak po powrocie do Polski czekał nas podjazd Szosą Stu Zakrętów. Nuda totalna. Bardzo lubię ten podjazd, ale przez upierdliwe nachylenie (ni to stromo, ni to płasko), monotonię i liczne zakręty oczy kleiły mi się mimowolnie. Tzw. "skoki", czyli nagłe przyspieszenia na stojąco niewiele dawały. Na zjeździe dogonili mnie Keto senior, Keto Junior i Dodoelk, co trochę mnie ożywiło. Przez całą noc jeszcze kilkukrotnie się tasowaliśmy. Jechali ode mnie szybciej, jednak częściej stawali na postojach i wtedy im uciekałem.

źródło: www.genetyk.com

Świt zastał mnie na Puchaczówcę, którą podjechałem bardzo mocno. Zupełnie nie odczuwałem trudności, a dodatkowym motywatorem były światełka zawodników przede mną, których w większości przegoniłem na podjeździe. Z podjazdów została jeszcze tylko łatwa Przełęcz Lądecka, pod którą byłem tak senny, że gdybym tylko znalazł jakiś przystanek, to z pewnością bym się położył na drzemkę. Zjazd do Czech był fenomenalny.

sms z relacji live

źródło: www.genetyk.com

Ostatnie sto kilometrów było raczej płaskie, za to katastrofalnie dziurawe. Można było pomyśleć, że budowniczy trasy to masochista, bowiem na każdym skrzyżowaniu wybieraliśmy akurat tę drogę, która była w najgorszym stanie.

Pomimo trudności jechałem jednak bardzo sprawnie i o 10.31, po 26 godzinach i 31 minutach dojechałem do mety. Dało to miejsce 34 na 65 startujących.

fot. Goofy

fot. Elizium

Trudno nie być zadowolonym z przebiegu Maratonu. Po raz kolejny zanotowałem fajny progres, subiektywnie była to moja najlepsza jazda do tej pory. Pomimo, że nie jeździłem w tym roku długich dystansów na szosie, to okazało się, że regularnie jeżdżąc i spędzając więcej czasu w terenie i na leśnych ściankach, też można nieźle przygotować się do ultramaratonu. Dobrze też wyszły postoje, wprawdzie daleko mi do Hipków, którzy zmarnowali tylko kwadrans, jednak niecałe dwie godziny to niezły rezultat.

Znakomicie spisał się eksperyment z Pacmanem, czyli uprzężą na kierownicy. Zrezygnowałem z jazdy z podsiodłówką, dzięki czemu cały mój bagaż był na przodzie roweru, a ja miałem większy i łatwiejszy dostęp do niezbędnych rzeczy takich jak ciuchy, okulary, jedzenie. Podziękowania należą się dla polskiego producenta - Triglav, bo wiem, że ktoś zarwał kawał nocy tylko po to by zdążyć dostarczyć mi uprząż na czas :)

Teraz czas na spokojne przygotowania do kolejnych startów. W planach mam jeszcze sierpniowy sprint w płaskim jak stół królestwie pól kukurydzy (Maraton Turystyczny w Kórniku, 300 km) i wreszcie główny punkt sezonu: druga połowa wrzesnia i blisko 1000 km podczas Maratonu Północ - Południe (Hel - Głodówka k.Zakopanego).


Nowe gminy (23):
1158: Kąty Wrocławskie
1159: Sobótka
1160: Marcinowice
1161: Mietków
1162: Żarów
1163: Strzegom
1164: Mściwojów
1165: Paszowice
1166: Jawor
1167: Męcinka
1168: Świerzawa
1169: Wojcieszów
1170: Bolków
1171: Marciszów
1172: Polanica Zdrój
1173: Ząbkowice Śląskie
1174: Ciepłowody
1175: Kondratowice
1176: Niemcza
1177: Dzierżoniów - obszar wiejski
1178: Łagiewniki
1179: Jordanów Śląski
1180: Kobierzyce


niedziela, 14 maja 2017

Jura i Beskidy 2017

Osiem dni, rower, sakwy, namiot, a w rolach głównych Jura Krakowsko - Częstochowska, Podkrakowskie Dolinki, Beskid Mały, Gorce, Pieniny, Beskid Sądecki, Beskid Niski. Wyjazd samotny, bez pośpiechu i zbędnego gnania. Dość powiedzieć, że na koniec każdego dnia średnia prędkość z jazdy wynosiła ok 11-12 km/h. Do tego trochę terenu, w tym po grzbietach gór, brak turystów, pustki na szlakach i ładna widoki. W sumie przejechałem 557 km z czego 141 km w terenie, pokonane przewyższenie wyniosło 8441 metrów. Zapraszam do obejrzenia zdjęć

sobota, 1 kwietnia 2017

Ni to maraton, ni to wyprawka

SOBOTA

dystans: 176,89 km czas jazdy: 10 h 46 min
V średnia 16,43 km/h w terenie: 120 km

NIEDZIELA

dystans: 176,6 km czas jazdy: 10 h 55 min
V średnia 16,18 km/h w terenie: 90 km


Impreza testowa, wymyślona przeze mnie. W dużym skrócie: start nad Zalewem Koronowskim, meta na Pojezierzu Brodnickim. Dobór trasy dowolny, z wyjątkiem obowiązkowych odcinków (segmentów) i punktów kontrolnych. Oprócz tego fakultatywne punty w ramach klasyfikacji turystycznej, za którą można było zgarnąć bonusy w formie bonifikat czasowych. Wszystko pomyślone tak, by było bardzo dużo terenu i żeby nie było łatwo :) Na szczęście pogoda dopisała. 

Pierwsza edycja wypadła pomyślnie, format się sprawdził. Wystartowało 10 osób, do mety dojechały trzy, w tym ja :) Pierwszego dnia pokonałem 176 km, jechałem do godziny 23 gdy rozbiłem namiot gdzieś nad kanałem Wdy. W niedzielę również 176 km, do mety dotarłem jako pierwszy, o godzinie 19:30. Z racji jednak, że nie zebrałem wszystkich punktów klasyfikacji turystycznej, ostatecznie zająłem drugie miejsce. Brawa dla zwycięzcy - pff oraz trzeciego - wiecha.

GALERIA ZDJĘĆ -> KLIK